Strona główna  | Uczestnicy | Pamiętnik | Fotografie | Księga gości | Nasze wyprawy

 

  Relacja z wyprawy ks. Szymona Klimaszewskiego 

   URAL-NARODNAJA  ( 1.VII.1998 - 17.VII.1998 r.)     

                                                                                                      pobierz

 

                                                                                                                                                                                pamiętnik

         Po długich miesiącach szkolnych, podczas których wraz z Darkiem planowaliśmy wspólny, duży wyjazd, wciąż nie wiedziałem, dokąd pojedziemy i czy w ogóle pojedziemy? Myślałem, że dam sobie spokój i znowu „zaliczę” Tatry. Tymczasem w czerwcu przyjeżdża Darek, zaczął już pracę na parafii i mówi mi, że będzie miał urlop w sierpniu, akurat wtedy, kiedy ja już obiecałem być opiekunem na obozie w Raduniu w środku sierpnia. No to klapa, nici z wyjazdu. Zresztą prawdę mówiąc obawiałem się trochę wyjeżdżać na Syberię, (bo taką propozycję rzucił Darek).               

         Nadchodzi wreszcie upragniony koniec roku szkolnego. Rozjeżdżamy się już do domów, kiedy ponownie przyjeżdża Darek. Ma urlop na początku lipca, więc ewentualny wypad miałby wtedy miejsce. A ja mam w tym samym czasie dyżur wakacyjny w seminarium. Zaczyna się bieganina, proszę, błagam, aby ktoś zechciał się ze mną zamienić na późniejszy termin. W końcu udaje się. Pierwsza przeszkoda została pokonana, ale to dopiero początek.

         Wracam do domu, gdzie już wcześniej zapowiedziałem swój wyjazd, głównie po to by „przygotować” mamę. Ona ma zawsze coś przeciw moim wyjazdom. Najlepiej byłoby dla niej gdybym wyjechał „jutro”, a wrócił „wczoraj”. Wreszcie wyrywam się z domu. Pakowanie odbywa się na szybkiego.

         Zajeżdżam do Sokółki do Darka na wieczór, by z samego rana wyjechać. Robimy zakupy prowiantu, zorganizowaliśmy kamerę jak na prawdziwą wyprawę. Mama Darka również nie szczędzi mu dobrych rad by zamiast do Rosji pojechał do zachodniej Europy. Wtedy pozbyłem się złudzeń, że moja mama kiedykolwiek przestanie się użalać na moje wyjazdy. One to mają we krwi.

Środa - 1. 07.1998

        Zamiast o godz. 5 z rana wyruszyliśmy o 11.13, gdyż do późnej nocy pakowaliśmy się. Kiedy przybyliśmy do Grodna okazało się, że mamy pociąg do Moskwy dopiero o północy. Wszystkiego tego dowiedzieliśmy się dzięki pomocy Białorusina pracującego w Polsce, którego poznaliśmy w pociągu. Spędził on 5 lat w więzieniu. Był w armii ZSRR, kiedy ta walczyła z Afganistanem. Tam zamordowano mu kolegę, a potem napełniono brzuch piaskiem; nie wytrzymał i wymordował całą wioskę. Okazał się pomocnym dla nas, ponieważ trudno nam było zrozumieć, o co chodzi w rozkładzie jazdy pociągów. Wolny czas spędziliśmy u kolegi Darka z czasów seminarium, który był aktualnie wikarym w kościele katedralnym w Grodnie.

Czwartek - 02.07.1998

         O godz. 0.25 wyruszyliśmy do Moskwy. Kupienie biletów kosztowało mnie sporo nerwów, bo sprzedawali je dopiero, gdy przyjechał pociąg. Okazało się też, że cena biletów podskoczyła dzień wcześniej, trzeba było, więc załatwiać pieniądze białoruskie, a dolarów o tej porze nikt nie skupował. W końcu udało się wymienić pieniądze (zainteresowany sam do nas się zgłosił) i kupić bilet za 35$ na wagon sypialny. Do Moskwy dojechaliśmy o godz. 20.00. Dotarliśmy do dworca Jarosławskiego, gdzie okazało się, że za niecałe 3 godziny odjeżdża pociąg do Workuty. Walutę wymieniliśmy, ale były zbyt duże kolejki by stać w kolejce i zdążyć na pociąg. Znalazł się jednak człowiek, który za dodatkową opłatą zakupił nam bilety. Wliczając wszystkie koszty operacyjne wydałem na jeden bilet 100$.          

Piątek - 03.07.1998

         Znowu w drodze. Tym razem mieliśmy przez całą podróż do dyspozycji cały przedział. Krajobraz za Moskwą wydawał się jakby z innej epoki. Same drewniane domy pokryte papą. Bywały też potężne budowle, ale najczęściej opuszczone i nie używane. Noc skróciła się do kilku godzin. Przejeżdżaliśmy przez olbrzymie rzeki, szersze od Wisły. Odnosiło się wrażenie nieskończoności. Tory ciągnęły się prościutko jakby wytyczone przy linijce

Sobota - 04.07.1998

         Dojechaliśmy wreszcie do Peczory o godz. 4.43 rano. Na początek chcieliśmy zasięgnąć informacje o regionie Uralu, w który się wybieraliśmy w miejscowym biurze podróży, niestety zaczynało  ono pracę o godz. 10.00. A my mieliśmy tylko jedyny pociąg do Kosju w ciągu doby o godz. 7.00 rano, a więc jeszcze przed otwarciem biura. Wsiedliśmy, więc do tego pociągu rezygnując z posiadania być może cennych informacji.

        O godz. 10.00 dojeżdżamy do Kosju - z tej miejscowości planujemy zacząć naszą wędrówkę na najwyższy szczyt Uralu - Narodnoj (1895 m. npm.). Przez miejscowość Kosju płynie rzeka również o nazwie Kosju, która początek bierze u podstaw Narodnoj. Planujemy więc iść wzdłuż tej rzeki by znaleźć się w okolicach Narodnoj.  Dysponujemy tylko mapą o skali 1: 200 000, a więc zbyt słabą, aby znaleźć igłę w stogu siana, a tym bardziej Narodnoj wśród skupiska gór. W tamtym jednak momencie oczarowani rządzą przygód byliśmy przekonani, że jakoś tam będzie i że znajdziemy i zdobędziemy ten szczyt. Samo miasteczko Kosju sprawia wrażenie dosyć przygnębiające; stare, piętrowe, drewniane o wygiętych dachach domy zamieszkałe przez podobnie wyglądających ludzi. Obok nowe niewykończone, niezamieszkałe bloki. Omijamy to wszystko i ruszamy do rzeki. Już po chwili zaczynają dokuczać nam komary, które od tej chwili staną się naszymi nieodłącznymi towarzyszami. Ścieżka, po której kroczymy jest całkiem wygodna, gdyby taka pozostała aż do samej góry to byłoby całkiem nieźle. Póki, co docieramy do rzeki gdzie spotykamy rybaków. Początkowo myślimy o wynajęciu łodzi, która by dowiozła nas możliwie jak najdalej w stronę Narodnej, jednak po usłyszeniu ceny rezygnujemy. Tutaj koło rzeki komary przygotowały nam prawdziwe przyjęcie, chyba zaprosiły cały ród, tylko, że to one piły i to naszą krew. Za daleko nie uszliśmy. Nie było wkrótce żadnej ścieżki. Na drodze stanęła nam rzeka, której nawet nie można było sforsować wpław, nie mówiąc o przeprawie z plecakami. Przebrnięcie 100 metrów bagnistej tajgi koło rzeki zabrało nam 20 minut. Nic z tego. Postanawiamy w końcu jechać do Kożyma, skąd prawdopodobnie jest lepszy start na Narodnoj. Sęk w tym, że według mapy to trochę okrężna droga i zajmie nam więcej czasu, którego nam niestety brak.

         Pod wieczór znajdujemy się w Kożymie, skąd prowadzi początkowo ładna droga w stronę gór. Od razu poprawiło się nam samopoczucie, zaczynamy wierzyć w możliwość osiągnięcia celu. Ruszyliśmy, po pewnym czasie podjechał samochód. Zdążał w tym samym kierunku, więc mieliśmy nadzieję, że nas podwiezie. Jednak nic z tego nie wyszło. Zresztą te góry wydawały się nam takie bliskie w tym momencie. Dopiero potem okazało się, że to był tylko pierwszy masyw. Po przejściu ok. 15 km. trafiamy na rozjazd, nie jesteśmy pewni, którą z dróg obrać. Nadjechał jednak motocyklista, my zadowoleni machamy ręką by zapytać o drogę, a ten niespodziewanie prosi nas o dokumenty. Okazuje się, że jest inspektorem Parku Narodowego, w którym właśnie znajdujemy się. Chodzi mu o zezwolenie, którego oczywiście my nie mamy. Umawiamy się, że uiścimy opłatę po powrocie z gór, czego nawiasem mówiąc nie uczyniliśmy. Pojawił się jednak inny problem, który ostudził nasz zapał: do celu mamy ok. 200 km. w jedną stronę 3 rzeki do przejścia (ostatnia ma prawdopodobnie bardzo silny nurt i jest głęboka, a na dodatek nasza mapa jest "gówno" warta). Mimo to ruszamy. Dochodzimy do rzeki, którą przechodzimy na bosaka w towarzystwie komarów, które wykorzystują to, że odsłaniamy ciało i pożywiają się. Na drugiej stronie rozbijamy obóz. Nastrój kiepski, niewiemy, co dalej robić?.                 

Niedziela - 05.07.1998.

            Mimo wszystko ruszamy. Gdy dochodzimy do kolejnej rzeki, znowu komary zaczęły coraz bardziej dokuczać (tym bardziej, że ja szedłem ciągle w krótkich spodenkach). Zaczynałem powoli się rozklejać. Rozbiliśmy namiot nad rzeką, nawet jej nie przechodziliśmy. Darek odprawił mszę, twierdzi, że Opatrzność Boża zadba o nas, jednak ja podchodziłem do tego sceptycznie. Poszliśmy spać około godziny 8.00, a w południe słyszymy warkot. Wyskakujemy w samych slipach z namiotu. Przed nami stoi olbrzymi samochód z grupą 20 osób na pace. Darek idzie się dogadać z szoferem, okazuje się, że grupa ta idzie na Narodnoj. Ja gorączkowo pakuję namiot. Tym razem komary mi nie przeszkadzają, chociaż jestem skąpo ubrany. Jakiś Rusak pijany jak belka pomaga mi się ładować. „Jedziecie z nami „- mówi kategorycznie. Wreszcie wszystko spakowane ląduje na samochodzie, potem my. Jest tutaj dużo miejsca, samochód służył prawdopodobnie do transportu marmuru z pobliskiej kamieniołomów, dlatego ciężar gromady ludzi nie sprawia mu chyba problemu. Ruszamy. Rzeka, która wydawała się kłopotliwą przeszkodą rozpryskuje się po bokach, po chwili niknie z oczu. Na twarzy czuć miły pęd wiatru, zaś po komarach ani śladu. Jedyną niedogodnością jest to, że troszeczkę rzuca na wertepach, ale to się nie liczy. To takie proste, wystarczyło zaufać Opatrzności Bożej. Mijamy pierwszy masyw, z nami zostaje tajga, nie ma już drzew; w oddali biegnie młody wilczek- prawdziwa dziczyzna.

         Okazuje się, że są z nami 2 grupy: jedna składa się z dzieci i młodzieży szkolnej, w drugiej są starsze osoby i właśnie z tą grupą zamierzamy wędrować, Byli tu wcześniej i znają drogę, jesteśmy, więc całkowicie spokojni i pewni siebie. Po 20 km. zsiadamy z samochodu i rozbijam obóz. Nasi towarzysze nie są na razie w stanie iść, musimy czekać aż im wywietrzeją z głów „wolty”.                

Poniedziałek- 06.07.1998

         Około północy budzą nas Rosjanie. Ruszamy w drogę. Szybko pakujemy się, smarujemy się jakimś świństwem przeciw komarom, które rzeczywiście pomaga. Odkupiliśmy też od nich mapę tego regionu Uralu za 8 rubli. Teraz jesteśmy niezależni, nawet gdyby nasi towarzysze mieli inne plany mamy pewność, że dotrzemy na miejsce, póki co idziemy z nimi. Startują całkiem ostro, obawiam się czy sprostam tak szybkiemu tempu. Lecz moje obawy rozwiewają się po 45 min. Zarządzają postój na „fajkę” i po 10 min. dalej. Od tej pory poruszamy się nie dłużej niż godzina, a po tym postój. Zaczynają coraz bardziej zwalniać. Darkowi i mi idzie się całkiem nieźle. Maszerujemy w temperaturze 25-30°C, ale ze względu na komary musimy iść w długim rękawie, dlatego też wszystko na nas klei się. Po 3 godzinach docieramy do pierwsze grupy tej młodzieży, która wyruszyła szybciej. Rozkładamy się obok nich. Wykorzystujemy ten czas na kąpiel w rzece. O godz. 9.00 rusza grupa młodzieży, nasza starsza grupa dopiero o 16.00, a i tak po przejściu ok. 5 km. zatrzymujemy się w obozie Azjatów, którzy hodują renifery. Na zimę wracają przez góry do Azji, w lato koczują na pastwiskach na Uralu. Żyją w całkiem prymitywnych warunkach w skórzanych szałasach. Darek czuje się wśród nich jak u siebie, rozmawia z nimi, dowcipkuje, w krótkim czasie pozyskuje ich dla siebie. Po godzinie żegnamy się i obiecujemy wpaść do nich w drodze powrotnej. Daleko jednak nie odchodzimy, bo zaraz zatrzymujemy się by spożyć mięso z karibu, jakie zakupili nasi towarzysze od tych gościnnych koczowników. Jest trochę łykowate, ale da się zjeść. Nasi rosyjscy kompani po tym posiłku tymczasem postanowili, że na dzisiaj to już koniec drogi, bowiem ciężko im będzie się poruszać przez mokre krzaki. Postanawiamy odłączyć się od nich. Ruszamy ostro, gdyż sprzykrzyło się nam ich ciągłe zatrzymywanie się i teraz chcieliśmy odrobić utracony czas. Mokre krzaki szybko moczą nam spodnie i skutecznie utrudniają marsz. Przez pewien czas towarzyszy nam renifer, biegnie obok nas w odległości 100 m. Po godzinie dochodzimy do stada reniferów pilnowanego przez uzbrojonego pasterza. Zatrzymujemy się na krótką konwersację. Idziemy dalej ostrym tempem. Kiedy słońce zaczęło chować się za góry, ujrzeliśmy w oddali obóz dzieciaków. Zatrzymaliśmy się u nich na moment, tylko po to, aby spytać o dalszą drogę. Około północy doszliśmy do źródeł rzeki, którą musieliśmy przekroczyć by kontynuować drogę w kierunku Narodnej. Darek tym razem nawet nie zdejmował butów, bo i tak były mokre. Ja jednak decydowałem się „przewietrzyć” nogi, kosztowało mnie to około „łyżki” krwi. Zanim dogoniłem Darka on już zdążył nieco zmarznąć, musiał, bowiem poczekać na mnie byśmy się nie zgubili. Byliśmy zmęczeni, gdyż szliśmy od miejsca obozowania koczowników ciągle bez przerwy przez ok. 7 godz. Powodem tego były chmary komarów, które nie pozwalały na żaden odpoczynek. Na tej też przełęczce rozbiliśmy namiot, bowiem byliśmy zbyt zmęczeni by iść dalej, a do tego nie wiedzieliśmy do końca, gdzie się znajdujemy i jaką drogę należy wybrać dalej. Tym razem z powody braku opały skorzystaliśmy z maszynki gazowej.

Wtorek- 07.07.1998

         Tego dnia przenieśliśmy nasz obóz o 1 km dalej, nad Jezioro Farielnoje. Ciężko tu było z opałem, tylko nędzna kosówka. Dawało to niewiele ognia i nie chciało się palić, jednak udało się nam zagotować herbatę. Znowu pospaliśmy i w drogę. Ruszyliśmy, gdy słońce zniżyło się nad widnokręgiem, wyglądało bardzo ładnie, kiedy wspięliśmy się na wzniesienie. Tam też spotkaliśmy parę reniferów, jeden z nich był cały biały. Były nie mniej zdziwione od nas tym spotkaniem na pustkowiu. Tu także na niezbyt dużej wysokości ujrzeliśmy śnieg, który prawdopodobnie pamiętał jeszcze zimę. Zejście z tego wzniesienia było dosyć strome i ruchome; kamienie wykazywały dziwne przywiązanie do nas i czasami chciały poruszać się z nami, ale nam nie podobały się te objawy sympatii rzeczy martwych. Na dole rozłożyliśmy namiot, w tym dniu to wszystko, odlot w nieświadomość.                

Środa-08.07.1998

         Z samego rana rozpaliliśmy ognisko, drewna było pod dostatkiem. Położyłem blisko ognia swoje mokre ubrania, aby troszkę przeschło. Jednak zbyt blisko, moja bawełniana koszula zaczęła się tlić, gdy tylko odrobina żaru przeniesiona przez wiatr upadła na nią. Dzięki temu stała się bardziej przewiewną. By kontynuować drogę musieliśmy przekroczyć całkiem szeroką rzekę, na szczęście tym razem przeskakując z kamienia na kamień dotarliśmy na drugi brzeg. Droga była początkowo całkiem przyjemna, jednak znowu przeszła na drugą stronę rzeki. Licząc na to, że znowu trafimy na nią poruszaliśmy się przez chaszcze wzdłuż rzeki, widząc po drugiej stronie rzeki wydeptaną ścieżkę. Aby nie tracić czasu na przeprawę poruszaliśmy się dalej. Po kilku godzinach przedzierania się wyszliśmy na nie porośniętą polankę. Zaczęło się ściemniać, chmury kotłowały się nad górami, które otaczały nas z trzech stron. Rozłożyliśmy namiot na odsłoniętym wzniesieniu, aby wiatr mógł rozwiewać komary, których tutaj i tak było całkiem niedużo. Nie minęła godzina jak zerwał się wiatr, zaczęło padać i grzmieć. Wiatr był tak duży, że nasz namiot kładł się dosłownie na nas. Całości scenerii dopełniały błyskawice, które rozjaśniały, co chwilę mrok, a po nich rozlegał się grzmot. Z braku zajęcia zaczęliśmy odmierzać czas dzielący błysk od grzmotu. W pewnym momencie nie zdążyłem nawet zacząć liczyć, błysk zlał się z grzmotem, który rozległ się gdzieś niedaleko nad nami. Jak na komendę przywarliśmy do ziemi. Po pewnym czasie uspokoiło się i mogliśmy spokojnie zasnąć.

Czwartek-09.07.1998

      Po wczorajszej burzy ani śladu, za to słoneczko wesoło przyświeca. Raźno ruszyliśmy w dalszą drogę kierując się na przełęczkę, z której brała początek rzeczka, wzdłuż, której do tej pory się poruszaliśmy. Z niej rozciągał się widok na piękną dolinkę, środkiem jej płynęła rzeczka wypływająca ze szczytu przełęczki. Na zboczach gór widać było przemykające cienie chmurek. Uwieczniliśmy trochę krajobrazu na kliszach i taśmie video. Po pewnym czasie dostrzegliśmy "trapinkę", przy której ruszało się kilka postaci. Aby nie natknąć się na strażników parku ominęliśmy ją szerokim kołem. Naszym pośrednim celem była przełęczka, za którą powinno widzieć się Narodną. Do tej przełęczki zaś prowadziły dwie drogi: dołem nie oznakowana na mapie, i górą naznaczona na mapie. Wybraliśmy tę górną, ale okazało się, że niepotrzebnie straciliśmy na nią siły i czas, bo droga obniżyła się znacznie i nie potrzebnie zyskiwaliśmy wysokość. Podejście pod przełęczkę było strome i oblodzone, ale trud opłacał się, przed nami otworzył się widok na nasz cel - górę Narodną. U jej podnóża znajdowało się ciemno niebieskie jezioro Gołuboj, które musieliśmy obejść. Sam szczyt był niewidoczny gdyż skrywała go gęsta mgła. Podejście na początku wydawało się łatwe, stając się coraz bardziej stromym pod szczytem. Staraliśmy się jak najwięcej zapamiętać drogę, by potem wiedzieć jak ewentualnie schodzić. W pewnym momencie, kiedy obchodziliśmy jezioro trzeba było przejść przez wypływającą z niego rzeczkę. Oczywiście zdjęliśmy buty, tym razem woda była tak lodowata, że mało się wrażenie, iż idzie się po rozżarzonych węglach. Podejścia nie były moją mocną stroną, dlatego też pozostawałem ciągle w tyle za Darkiem. Kiedy zaczęliśmy wchodzić w mgłę zacząłem coraz częściej tracić Darka z oczu tak, że na szczyt weszliśmy z innych stron. Tylko dzięki głosowi mogliśmy się odnaleźć. Widoczność ze szczytu ze względu na gęstą mgłę ograniczyła się do 10 metrów. Na szczycie była umieszczona tablica w pobliżu, której zostawiliśmy adnotację w reklamówce o naszym tu pobycie (jest, bowiem taki zwyczaj). Było bardzo zimno. Szybko odprawiliśmy Mszę Św., następnie trochę podjedliśmy i ruszyliśmy w dół inną drogą. Naszą trasę powrotną wyznaczyłem wg kompasu, aby nie zgubić się we mgle. Po pewnym czasie wędrówki weszliśmy na śnieg, schodziliśmy teraz wolnej, ale ciągle w dół. Darek stwierdził, że coś mu nie gra, pamiętał połać śniegu, którą oglądaliśmy z dołu na szczycie, a która kończyła się przepaścią. Na wszelki wypadek poszliśmy w bok trawersując z lekka. Tym bardziej, że teraz lżej się szło, nogi tak się nie ślizgały. Jakież było moje zdziwienie, gdy wyszliśmy z mgły i stwierdziliśmy, że połać śniegu, po której szliśmy kończyła się przepaścią. Poczułem jak w jednym momencie moje nogi zrobiły się jak z waty. Z tego miejsce mieliśmy śliczny widok na najładniejsze szczyty tej części Uralu otulone blaskiem chylącego się słońca. Musieliśmy się jednak spieszyć trzeba było, bowiem jeszcze zejść kawałek drogi, aby móc rozbić namiot, gdyż tutaj były same kawałki skał. Zejście było strome po ruchomych kamieniach. Tym razem mogłem stawać w zawody z "Jankesem", buty dobrze trzymały się skały a i ja chciałem jak najszybciej znaleźć się na dole i odpocząć. W pewnym momencie, kiedy oddaliłem się od Darka usłyszałem odgłos spadających kamieni i jęk. Od razu zrzuciłem plecak i pędem pod górę. W głowie tłukło się pytanie, co się stało, czy to tylko przypadkowo poruszony kamień. Niepokój wzrósł, gdy nie było odpowiedzi na moje wołania. Po chwili ujrzałem go wygrzebującego się spod sterty kamieni. Otóż, kiedy szybko schodził poślizgnął się na kamieniu, gdyż miał buty z przewagą plastiku a nie gumy w podeszwach i padając trącił ogromny kamień, który zatrzymał go nad małym skalnym urwiskiem, nie pozwalając lecieć dalej. Kamień ten ze stertą innych upadł na nogi Darka i trzymał go nad urwiskiem. To znowu był "cud" Opatrzności Bożej. Okazało się, że Darek ma tylko kontuzjowaną rękę, a nie nogę. Ręka zaczęła szybko puchnąć. Co prawda nie miał najciekawszej miny, ale mógł iść, a to w tej chwili było najważniejsze. Założyliśmy prowizoryczny opatrunek, który Darek okładał śniegiem. Zeszliśmy na dół o północy. Całkowicie zmachani poszliśmy spać, prawie nic nie jedząc. Tego dnia byliśmy od 16 godzin w drodze.

Piątek-10.07.1998

         Wynagrodziliśmy sobie z nawiązką, niemalże 16 godzin spaliśmy. Pogoda sprzyjała odpoczynkowi, chmury gęsto zasłoniły niebo i obficie częstowały nas drobnym deszczykiem. Jednak musieliśmy szybko stąd się zabierać, aby zdążyć na czas, a do tego kończyła się nam żywność i musieliśmy dzielić już ubogie racje żywnościowe na każdy dzień. Jak zawsze droga wiodła wzdłuż rzeki i była całkiem przyjemna, gdyby nie to, że mokre krzaki zmoczyły nam spodnie które zaczęły obcierać nogi. Po paru godzinach marszu ujrzeliśmy w oddali jakby dym. Zgadzałoby się to z mapą wg, której gdzieś tam powinna znajdować się "trapionka". Gdy podeszliśmy bliżej zobaczyliśmy rozstawione namioty, wśród których poznaliśmy namioty naszych towarzyszy z początku wyprawy. Początkowo nie zamierzaliśmy zatrzymywać się, gdyż byliśmy wypoczęci a także cali mokrzy. Postój oznaczał ściąganie wszystkiego z siebie, rozstawianie namiotu, a potem nakładanie wilgotnej odzieży na siebie. Jednak i tak musieliśmy zatrzymać się za jakieś 2-3 godziny, a tu mieliśmy już gotowe rozpalone ognisko. Zdecydowaliśmy w końcu zatrzymać się. Okazało się, że obozowali tam także Polacy z Krakowa. Nie spodziewaliśmy się spotkać tutaj rodaków, nie mniej byliśmy mile zaskoczeni.

Sobota -11.07.1998

         Z rana pożegnawszy wszystkich ruszyliśmy dalej. Tym razem moglibyśmy tak jak zawsze posuwać się wzdłuż rzeki, potem odbić od głównego nurtu i ruszyć strumykiem. Ale ja spojrzałem na mapę i stwierdziłem, że można by pójść na skróty poprzez niedużą górkę. Okazało się potem, że było to najcięższe podejście, gdyż nie było żadnych ścieżek. Poruszaliśmy się po rumowisku porośniętym przez drzewa i wysokie krzaki. Wiedziałem, że Darek jest wkurzony na mnie, bo to ja namówiłem go na to. Uciekałem, więc jak najdalej do przodu niby szukając drogi by nie mógł wypominać mi mego bądź, co bądź głupiego pomysłu. Wreszcie doszliśmy do przełęczy, z tego punktu mogliśmy uchwycić wzrokiem tę drugą trasę. Wyglądała o niebo lepiej niż tą, którą my szliśmy. Początkowo zamierzaliśmy wspiąć się jeszcze na Manaragę, ale ze względu na kiepską widoczność, mgłę zrezygnowaliśmy. Nie znaliśmy góry, ani drogi, mapa też na niewiele zdałaby się. Zejście było przyjemne, była nawet dróżka, co prawda czasami gubiliśmy ją, ale to zawsze coś. Zanim rozbiliśmy namiot, dwukrotnie przekraczaliśmy rzekę. Zresztą i tak cały teren był podmokły, nieustannie mżyło.

Niedziela-12.07.1998

         Dzisiaj rzeka nie mogła nam pomóc, trzeba było na wyczucie szukać drogi, gdyż w tym miejscu zaczynała ona bieg i gdziekolwiek nie ruszyliśmy płynęło dziesiątki strumyków. Wreszcie udało się nam w plątaninie dolinek ujrzeć wylot na szeroką i dużą dolinkę, a z niej dużą rzeką. Zgadzało się to z mapą, więc wszystko w porządku. Droga dłużyła się niemiłosiernie, mieliśmy przed sobą dużą przestrzeń, więc nie było za bardzo czuć pokonywanych kilometrów. W pewnym miejscu chcieliśmy sobie skrócić drogę ścinając zakole rzeki. Znowu trzeba było iść na wyczucie poprzez zarośla. Trochę pobłądziliśmy zanim dotarliśmy na wierzchołek wzniesienia, z którego dostrzegliśmy dzisiejsze miejsce naszego odpoczynku- "trapionkę". Żwawo ruszyliśmy w dół przez polanę porośniętą wysokimi aż po pachy kwiatami. Za nami pozostały góry, a wraz z nimi chmury, więc i słoneczko zaczęło przygrzewać. Zanim dotarliśmy do "trapionki" pozostało nam sforsować rzekę, tym razem nikt nie myślał o zdejmowaniu butów, których zresztą i tak Darek nie zdejmował od początku wyprawy przy tego rodzaju sprawach. Tak jak szliśmy z marszu weszliśmy w wodę, która tylko rozbryzgiwała się pod nogami. W połowie trzeba jednak było zwolnić, gdyż rzeka sięgała tu do pasa i miała silny nurt, a kamienie pokryte śliskimi glonami nie dawały solidnego oparcia dla nóg. Gdy doszliśmy do chatki okazało się, że jest pusta, co było nam na rękę, bo byliśmy zmęczeni i myśleliśmy już o odpoczynku. Była też okazja do wykąpania się, które przebiegało tak, że wpadaliśmy szybko do wody, namydlaliśmy się, siedzieliśmy troszkę w lodowatej wodzie i pędem do domku, aby komary nie zdążyły dobrać się porządnie do nas. Na noc rozpaliliśmy w kominku i gdyby nie fakt, że cały czas kurczyły się nam racje żywnościowe było by całkiem miło.                  

Poniedziałek-13.07.1998

         Dzisiaj znowu posuwamy się doliną. Jest ona szeroka i płaska, a gdzieniegdzie pojawiają się ślady olbrzymich kół. W południe docieramy do kolejnej chatki, za nią rozciąga się podmokły las z olbrzymią masą "gzów" i much. Kiedy odpoczywamy w środku chatki, nasze skarpetki suszą się na zewnątrz. Kiedy zaś mamy zamiar nałożyć je na nogi okazuje się, że siedzi na nich tak ogromna liczba owadów, iż wcale nie widać naszej własności. Do tej pory mieliśmy do czynienia tylko z komarami, teraz naszą zmorą stały się "gzy" wielkie jak osy, a ich ukąszenia odpowiednio do wielkości bolesne. Kiedy szliśmy co jakiś czas zmieniał się prowadzący, bo okazało się, że najwięcej z nich osiada na przewodniku. Darka kurtki nie było nawet widać pod olbrzymią masą insektów, wyglądał jak ubrany w pancerz, lśnił tysiącem skrzydełek. Dodatkowym problemem okazało się też ich ciągłe brzęczenie, które przenikało głowę, wypędzało myśli, szliśmy się jak otumanieni. Słońce prażyło, a my nawet nie mogliśmy rozebrać się, pot lał się ciurkiem, zasychał pod kurtką. Szlak nam wytyczały ślady, kół, które czasami ginęły lub rozdzielały się i trzeba było iść na wyczucie. Niekiedy trafialiśmy na podmokłe łączki, które utrudniały poruszanie się. Po drodze spotkaliśmy dwóch gości, którzy nieśli ze sobą ponton i zamierzali potem spłynąć rzeką. Zatrzymaliśmy się wtedy na krótka rozmowę i to był jedyny odpoczynek, jaki uczyniliśmy podczas pięciogodzinnej trasy. Pod wieczór rozbiliśmy namiot tylko po to by odpocząć i co nie, co zjeść. Pomimo, że byliśmy całkiem zmęczeni, chcieliśmy jeszcze dojść do drogi, wydawało się nam, że jest ona niedaleko. Poruszaliśmy się według kompasu i za śladami samochodu. Wielokrotnie kręciliśmy się zanim dotarliśmy. Okazało się, że wyszliśmy na drogę, gdzieś kilometr od miejsca gdzie wziął nas samochód na początku wyprawy. Źle obliczyliśmy odległość i na miejsce dotarliśmy po północy. Marzyliśmy o odpoczynku, o spaniu, gdyż przeszliśmy tego dnia dwa razy więcej niż planowaliśmy. Trzeba było jednak jeszcze przed snem rozpalić ognisko i coś przegryźć. Kiedy tak szykowaliśmy się do tego raptem pojawiła się koło nas grupa młodzieży na motorach "Uralach". Zatrzymali się i przyłączyli do naszego ogniska. Byli całkiem pijani i wciąż zwiększali swoje promile. Mieli z sobą broń twierdzili, że to na niedźwiedzie. Pytali nas czy nie widzieliśmy jakiegoś niedźwiedzia po drodze. Po krótkim dialogu nie znajdując w nas kompanów do zwiększania promili pojechali dalej. Po jakimś czasie słyszeliśmy jeszcze odgłos oddawanego strzału. Wkrótce pogrążyliśmy się we śnie.

Wtorek-14.07.1998

         Nie dane nam było jednak odpoczywać spokojnie. Ktoś dobijał się do namiotu. Po chwili rozbudziłem się i zacząłem kojarzyć sytuację. Ktoś po rosyjsku prosił o zapałki. Nie mogłem przezwyciężyć się by wstać. Zdawałem sobie sprawę, że na zewnątrz jest zimno a w śpiworze takie przyjemnie, ciepło. Jednak wołanie nie cichło, więc postanowiłem wstać, uczyniłem to razem z Darkiem. Daliśmy mu zapalniczkę i zaczęliśmy się ubierać, aby mu pomóc w rozpalaniu ognia. Tymczasem on zebrał chrustu, spuścił trochę benzyny z baku, polał drzewo podpalił i.... jak nie buchnie, aż go odrzuciło na dwa metry. Nie wydawał się tym poruszony, grunt, że ognisko zajęło się. Miało ono posłużyć do wysuszenia jednego z uczestników wyprawy, który przekraczając rzekę wypadł z motoru. Kiedy posłyszeliśmy warkot motorów, poszliśmy z Darkiem do namiotu. Planowaliśmy wstać wcześnie rano, aby załapać się na samochody wożące marmur z niedalekiego kamieniołomu do miasteczka, jednak nocne wydarzenia nie pozwoliły nam zbyt wcześnie wstać. Zresztą i tak, potem okazało się, że nikogo nie podwoziły. Powrót był ciężki, mało wody do picia, cały dzień na garści rodzynek i skromnym kawałku kiełbasy. W południe odpoczęliśmy nad rzeką w pobliżu, której spotkaliśmy strażnika, jakie to wydarzenie wydawało się być teraz odległe. Zostało nam jeszcze do stacji kolejowej, w Kożimie tylko 15 km., ale dłużył się nam ten odcinek niemiłosiernie. Wreszcie ujrzałem w oddali stację. Darek wcześniej oddalił się ode mnie, a teraz czekał na mnie i razem wkroczyliśmy do poczekalni. Niecałą godzinę przed nami odjechał pociąg do Peczory a następny wg rozkładu jazdy mieliśmy dopiero następnego dnia. Rozbiliśmy, więc na chwilę namiot, aby odprawić Mszę Św. i odpocząć. W nocy jednak głód tak nam doskwierał, że wyruszyliśmy do pobliskiego miasteczka, aby zakupić trochę żywności. Nie udało się nam jej zdobyć. W międzyczasie przyjechał pociąg dalekobieżny, ale niestety nas nie zabrał. Dopiero po północy zabrał nas pociąg do Moskwy w cenie za 30$ na "łebka". Dalsza droga odbyła się bez większych problemów.

                                                                  X. Szymon Klimaszewski

 

 
      Strona główna | Uczestnicy | Pamiętnik | Fotografie | Księga gości | Nasze wyprawy

    Artur Sańko © 2005  sanio@op.pl